Z piłką pod pachą

„Idziemy na boisko?”, „Pokopiemy?”, „Zagramy w piłkę?” – jakże często w dzieciństwie słyszałem te pytania. Wakacyjne ciepłe wieczory, stada komarów, brudna piłka ciągle wpadająca gdzieś za ogrodzenie do sąsiada, który groził, że tym razem jej już na pewno nie odda. Wspomnienia pozostały. Bezcenne. Ale czy dzisiaj dzieci też tak potrafią?

piłka nożna

Chwasty i zardzewiała jedna bramka…. tyle pozostało po naszym dziecięcym „Wembley”. A może nawet mniej, bo dawno tam nie miałem okazji zaglądać. To na nim przebywało się najwięcej czasu. To tam szło się po szkole, zjedzonym obiedzie i spędzało każde cieplejsze popołudnie. Początkowo szły z nami tłumy. Z roku na rok ludzi chętnych do gry ubywało. W końcu pozostała trójka najbardziej zżytych sąsiadów, kumpli. Jako że ciężko było rozegrać mecz na dwie bramki, to kopaliśmy do jednej. Grało się w „jula”, choć u nas ta gra występowała pod nazwą „dupa”. Tak, to nie pomyłka. Organizowało się turnieje, rzuty karne, gry 1 na 1, każdy był jakimś znanym zawodnikiem. Śmiali się z nas, a my wytrwale chodziliśmy z piłką pod pachą i graliśmy. Chociażby pół godziny dziennie, ale jednak. Zwykle tych godzin było więcej. Kiedy nasze boisko było zbyt błotniste po deszczu, padał tekst: „to co idziemy na płyty?”. Każdy wtajemniczony wiedział, że chodzi o drogę, która pokryta była starymi kamiennymi płytami. Grało się przez nią, od ogrodzenia do ogrodzenia. Jedna bramka była pomiędzy drzewkami, drugą wyznaczały pustaki. Naszym jedynym zmartwieniem był sąsiad, który wkurzał się, gdy piłka wpadała na podwórko, a jego pies przez nas rzekomo dostawał nerwicy. Ale co tam. Futbol był najważniejszy.

Pochodzę ze wsi i wydawało się zawsze, że realia były trochę inne niż w miastach. Ale kiedy teraz rozmawiam z rówieśnikami z dużych miast, warunki gry w piłkę wcale nie różniły się tak bardzo. Ileż emocji potrafił wzbudzić jakiś pojedynczy mecz na krzywym, pełnym kretowisk i długiej trawy boisku? Albo rozgrywki na betonie czy zwykłej drodze? Niesamowite. A dzisiaj? Kiedy wracam do swojej rodzinnej miejscowości, z utęsknieniem patrzę na zarośnięte place, kiedyś nazywane boiskami. Patrzę na drogę, gdzie kiedyś grało się na „płytach” (teraz już pokryta asfaltem) i łezka się w oku kręci. Ale najgorsze jest to, że dzisiaj już nie widać dzieci, które z taką pasją grałyby w piłkę. Owszem, powstały „Orliki” i wszelkie inne piękne kompleksy, pokryte profesjonalną nawierzchnią. Ale kto na nich najczęściej gra? Dorośli albo… no właśnie – gra na nich pokolenie, które wychowało się na piłce. Pokolenie, które o takich boiskach mogło tylko pomarzyć. A gdzie są dzieci? Gdzie są gromady małych rozwrzeszczanych brzdąców, idących drogą, kopiących piłkę i rozmawiających o ostatnich meczach w Lidze Mistrzów? A przecież czasy mamy takie, że w końcu możemy utożsamiać się z piłkarzami światowej klasy, nie szukając ich koniecznie za granicą, bo są tacy w Polsce.

Nie twierdzę, że nie ma już dzieci grających w piłkę. Nie chcę kategorycznie powiedzieć, że wszystkie siedzą przed komputerami. Byłoby to daleko idące kłamstwo i stwierdzenie bardzo niesprawiedliwe. Nadal można spotkać dzieciaków, które chcą kopać futbolówkę. I chwała im za to. Liczba ich niestety drastycznie zmalała. Komputery, xboxy, playstation i inne sprzęty, których nawet już ja często nie potrafię nazwać. Prawdziwe boiska zastąpił PES, a grę „na ulicy” FIFA Street. A w późniejszym wieku owszem, chodzą na boiska. Ale często zamiast piłki, pod pachą znajduje się zgrzewka piwa.

A ja nadal czasem lubię piłkę kopać i namawiam bliskich kumpli, żeby przy czasie też coś pograli. Mamy takie boisko w Krakowie, bardzo ładne, coś na wzór Orlika, przy samej szkole. Zawsze świeci pustkami i tylko czasem wieczorami wynajmują je starsi. Przy liniach bocznych można za to zobaczyć paczki po chipsach i puste puszki po browarach. Nie no, ono też ma swoje walory. Niekoniecznie jednak w tak młodym wieku i na boisku. Szkoda, że tak to wygląda, a młodzież nawet często nie zdaje sobie sprawy, jak dużo przyjemności i frajdy traci. To przecież na boiskach najczęściej rodziły się relacje, dochodziło do największych kłótni między kumplami, czasami bijatyk. Taka trochę szkoła po szkole. Ale jakże cenna. Teraz coraz bardziej tego brakuje.

Mamy koniec czerwca i wiele rzeczy się kończy. Wiosenna ramówka stacji telewizyjnych, seriale, szkoła, kolejny rok akademicki, rozgrywki sportowe – no może poza moim ukochanym żużlem – często też nasz zapał do wytrwałej pracy, bo przecież na wakacjach najlepiej się odpoczywa i leniuchuje. To też jest super. Ale dlaczego nie pograć by w piłkę? Nie uprawiać innych sportów? Powiecie – wymądrza się i sam siedzi przed komputerem, pisze jakiś tekst. No właśnie, u nas trochę na odwrót – zamiast kończyć, to zaczynamy cykl tekstów wakacyjnych – żeby was nie zanudzić, jeden tygodniowo. Komentarze, felietony, może inne rzeczy, ale coś będę się starał wrzucać. Trochę bardziej „lajfstajlowo” – och, jak nie lubię tego słowa. Ale podobno jest fajne? Kapuściński mówił, że pisanie jest happeningiem i rzadko, kiedy zasiadał do tekstu, wiedział, czym ten tekst ma być. Tu będzie podobnie. Wakacyjnie, swobodniej, prościej, może bez tych wszystkich sportowych sensacji, rewelacji, wyników. A na resztę dzisiejszego dnia proponuję piłkę pod pachę i do parku, boisko, gdziekolwiek. No albo chociaż trochę pobiegać. Ja dziś ruszam. Kilka kilometrów na wieczór i wszystko od razu jest jakby prostsze.

Amadeusz Bielatowicz

amadeusz.bielatowicz@sportowymagazyn.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *