O realiach i nierealiach polskiego boksu zawodowego cz. 2

Dyskoteka, festyn… czyli idealnie miejsce na gale boksu

Życie promotora w Polsce też nie należy do najłatwiejszych. Rynek bokserski, to nie jest miejsce gdzie można w krótkim czasie dorobić się fortuny. W przeszłości pojawiało się sporo pseudobiznesmenów, którzy widząc walizki dolarów zarabiane przez Dona Kinga liczyło na łatwy zarobek. Jednak po dopłaceniu do jednej lub kilku imprez znikali, tak szybko jak się pojawiali. Podstawowym problemem jest małe zainteresowanie tą dyscypliną. Wyprzedanie kilkutysięcznej hali należy dzisiaj do kategorii mission impossible. Coś jak handlowanie majtkami w domu publicznym. Boks po prostu nie jest obecnie konkurencyjną alternatywą dla innych rozrywek oferowanych w sobotni wieczór w dużych miastach. Potwierdza to fakt, że na pojedynek Krzysztofa „Diablo” Włodarczyka, który odbył się we Wrocławiu (grudzień 2016 r.) sprzedano zaledwie 800 biletów. Przypomnę, że mówimy o dwukrotnym mistrzu świata, którego występy przez lata były pokazywane najpierw w TVP, a później w otwartym Polsacie.

puste trybuny

W związku z tym, promotorzy zmuszeni są do bardziej kreatywnych działań. Pomysłem na przyciągnięcie kibiców może być gala w nietypowym miejscu. Tym tropem poszedł Tomasz Babiloński, który regularnie od kilku lat organizuje imprezy w Kopalni Soli w Wieliczce i amfiteatrze w Międzyzdrojach. Cieszą się one stałą i wysoką frekwencją. Wymagają jednak sporego nakładu finansowego, na co nie wszyscy promotorzy mogą sobie pozwolić. Jak wobec tego sobie radzą Ci mniejsi? Darek Snarski, w przeszłości olimpijczyk (Barcelona 1992), sporo swoich gal stara się włączać jako element festynów organizowanych w małych miasteczkach na wschodzie polski.  Z jednej strony karuzele, dmuchane zamki, a z drugiej rozstawiony ring. Powoduje to, że jego grupa na forach internetowych bywa nazywana objazdowym cyrkiem. Oczywiście zza klawiatury każdy jest Bobem Arumem. Trzeba jednak zdać sobie sprawę, że albo będziemy oglądać takie gale, albo nie będzie ich w ogóle. Zapału i kreatywności nie można odmówić Krystianowi Cieśnikowi. Młody, autentyczny fanatyk szermierki na pięści, próbuje na różne sposoby rozkręcać boks na Pomorzu. Między innymi corocznie organizuje gale w dyskotece należącej do jego znajomego. Choć nie są to duże wydarzenia, to jak sam przyznał do pierwszej edycji musiał dołożyć z własnej kieszeni 20 tys. zł.

22264739_1635600739813114_1149021764_n (1)

Inną bolączką promotorów jest pozyskanie strategicznych sponsorów. Delikatnie mówiąc, Ci nie walą drzwiami i oknami. Niestety boks nadal wielu kojarzy się z bandyterką i ciemnymi interesami. Powoduje to, że mało kto chce być z nim kojarzony. Potwierdza, to chociażby przykład Artura Szpilki. Jest prawdziwym zwierzęciem medialnym, którego profile na różnych portalach śledzą setki tysięcy osób. Budzi jednak tyle samo emocji pozytywnych co negatywnych. Dla jednych jest odważnym zdeterminowanym fighterem, dla drugich byłym kryminalistą wywołującym bójki na konferencjach prasowych. Z tego powodu nie zobaczycie go w reklamach telewizyjnych. Duże, uznane marki nie chcą reklamować swoich produktów osobą, która tyle samo klientów przyciągnie, co zniechęci.

Promotorzy są więc w dużej mierze zależni od środków otrzymanych z telewizji. W Polsce niestety tylko jedna stacja poważnie inwestuje w rodzimy boks. Z powodu braku konkurencji promotorzy negocjując z Polsatem są w pozycji petenta w urzędzie skarbowy. Albo przyjmą zaproponowane pieniądze, albo ich gali nikt nie pokaże.

 

Pięściarz na telefon

Poza kilkunastoma pięściarzami, którzy mają za sobą silnego promotora i mogą liczyć na regularne walki, pozostałym zostaje rola tzw. zawodnika na telefon (ang. journeyman). Zalicza się do tej grupy pięściarzy, którzy przyjmują pojedynki z krótkim wyprzedzeniem. Najczęściej jest to 3 lub 2 tygodnie, ale zdarza się, że i kilka dni przed galą. Zapraszani są przez obcych promotorów tylko po to, by przeboksować kilka rund z lokalnym faworytem i ładnie przegrać. Godząc się na taką rolę, mogą zwiedzić kawał świata i trochę zarobić. Czasami, jak to w sporcie, zdarza się, że taki underdog niespodziewanie jest zdecydowanie lepszy od zawodnika gospodarzy. Czy można oczekiwać, że po ostatnim gongu zostanie ogłoszony zwycięzcą? Spokojnie, nie po to organizator inwestuje w swojego zawodnika przez kilka lat, by ten przegrał z anonimowym Polakiem. Pamiętajmy, że jest jeszcze trzecia osoba w ringu. Upomnienia i odjęte punkty za faule, których nie ma, to standard na walkach wyjazdowych. W skrajnych przypadkach pozostaje kreatywność na kartach punktowych, bo jak wiadomo „papier przyjmie wszystko”. Krąży nawet takie humorystyczne powiedzenie, że w Niemczech trzeba przeciwnika znokautować, by zremisować walkę. Z tych powodów journeymani mają rekordy, które nie oddają ich faktycznej wartości sportowej.  Na przykład bardzo ceniony Bartłomiej Grafka ma na koncie 18 zwycięstw i aż 27 porażek. Nie przeszkodziło mu to jednak złamać kariery kilku pięściarzom o wyhodowanym rekordzie.

 

Warto więc zajmować się boksem?

Mała szansa na przejście do historii i zarobienie wielkich pieniędzy oraz duże ryzyko utraty zdrowia – to definicja boksu zawodowego. Dlaczego więc jest tylu chętnych? Racjonalnych odpowiedzi nie ma za wiele. Parafrazując słowa Ronalda Topora można by stwierdzić, że lepiej pić wódkę niż uprawiać boks. To mniej idiotyczne i mniej niebezpieczne. Jeżeli jednak uważamy, że boks to coś więcej niż bicie się po twarzach, to za odpowiedź niech posłuży mocno patetycznym, ale prawdziwy cytat z filmu Za wszelką cenę: „Jeśli w boksie jest jakaś magia, to jest to magia walki ponad granicami. To magia ryzykowania wszystkiego dla marzeń, których nie dostrzega nikt poza tobą.”

Łukasz Szymura

lukasz.szymura@sportowymagazyn.pl