Krakowscy „szejkowie”?

Drużyny sportowe kupione przez nieprzyzwoicie bogatych szejków, którzy pompują w swoje nowe „zabawki” grube pieniądze, nie cieszą się zbyt dużą sympatią kibiców, ale… właściwie dlaczego? Dzisiaj właśnie o tym – oczywiście w krakowskiej skali.

 naokraglobaner

Piłkarskie Paris Saint-Germain czy Manchester City to kluby, które dostały potężny zastrzyk gotówki, co od razu spowodowało gwałtowny wzrost ich możliwości, przy jednoczesnej obniżce sympatii kibiców – oczywiście innych drużyn. Można twierdzić, że znaczenie ma tutaj zerwanie z tradycją. Dla wielu futbolowych sympatyków bardzo ważna jest pewna ciągłość w działaniu, ulubiona drużyna może przecież wypełniać połowę życia (to tak w zaokrągleniu). Dobrym przykładem potwierdzającym tę tezę są fani austriackiego Red Bull Salzburg, którzy wnosili protesty przeciwko zmianie nazwy drużyny – właśnie na taką – tuż po przejęciu jej przez napojowego potentata. Nawet pomimo tego, że możliwości finansowe wzrosły, jak mniemam, kilkakrotnie.

Drugi przykład ze świata? Proszę bardzo – angielskie Hull City. Tam również miało zostać zmienione godło i nazwa – na The Tigers. Kibicom nie spodobał się ten pomysł nawet pomimo tego, że przydomek Hull brzmi dokładnie tak samo. Ale coś takiego w nazwie? To już nie przejdzie.

Jeżeli jednak mówimy o dwóch przykładach, które podałem na samym początku, chodzi raczej o… zwykłą zazdrość, nietrudno się domyślić. Ciągłość ciągłością, tradycja tradycją, ale wyobrażacie sobie, żeby kibic lekko upadłego PSG protestował przeciwko kupnie klubu przez katarskich szejków? Niemożliwe. W Krakowie również był swego rodzaju „szejk”, który wykupił Wisłę, po czym zafundował jej wielu świetnych piłkarzy, w tym reprezentantów Polski i kilku innych krajów. Czy ktoś wtedy miał coś przeciwko? Nie mam prawa pamiętać tamtych czasów, jednak nigdy nie słyszałem, żeby ktokolwiek w tak zwanym środowisku miał choćby cień wątpliwości. Wszyscy zainteresowani są wdzięczni, reszta po prostu podziwia albo przechodzi obok tej historii obojętnie.

To tyle o piłce nożnej, przejdźmy do koszykówki i aktualnego zespołu Politechniki Krakowskiej. Pojawił się sponsor, powstały relatywnie duże możliwości organizacyjne, do drużyny przyszedł prawie-emerytowany co prawda, ale jednak reprezentant Polski (który już w pierwszym meczu pokazał, że jeszcze na wiele go stać) oraz paru innych dobrych zawodników. I gwarantuję, że nikomu (ewentualny wyjątek potwierdza regułę) w tym środowisku nie przyszłoby do głowy, żeby skrytykować projekt tego rodzaju. Bo właściwie z jakiego powodu – normalna sprawa. Wypada się tylko cieszyć, że może powstać jeszcze jeden zespół, który dobrze gra w basket. W koszykówce większe zmiany w składach drużyn, które na to stać, nie są ani nowością ani czymś godnym krytyki. Tak się uważa. W NBA wiele może się zmienić w ciągu jednego sezonu, a co dopiero w trzeciej polskiej lidze? Osobiście mam tylko jeden  problem z tym związany. Jeżeli co roku drużyna zalicza duży sportowy progres, to zawodnicy, którzy ciężko pracowali na pierwsze sukcesy, bardzo szybko mogą okazać się zbyt słabi na kolejne. A wtedy rozwiązanie jest jedno – trzeba się rozstać. Jak więc odbiera to przeciętny kibic koszykówki w Krakowie? Lepiej powoli pracować na sukces, będąc „w porządku” wobec swoich zawodników czy szybko wymieniać skład na lepszy i lepszy, bo przecież w tym wszystkim chodzi o sukces?

Redakcja SportowyMagazyn.pl

redakcja@sportowymagazyn.pl