Kamilu, bądź sobą

Kibice skoków narciarskich w Polsce mają prawo być usatysfakcjonowani w ostatnich dniach. Dobre występy naszych zawodników, a także rewelacyjne próby Kamila Stocha, który w wymarzony sposób przeszedł przez niemiecką część Turnieju Czterech Skoczni. W sporcie jednak występuje zjawisko, którego bardzo nie lubię, a przy okazji sukcesów skoczka z Zębu jest znowu aż nadto widoczne.

Kamil Stoch

18. triumfów indywidualnych w Pucharze Świata, 40. miejsc na podium łącznie, dwa złota mistrzostw świata z drużyną, złoto olimpijskie (również z drużyną), ani jednego Pucharu Świata za klasyfikację generalną. To oczywiście wielkie sukcesy, nie Kamila Stocha, lecz Svena Hannavalda, Niemca, który prawdopodobnie osiągnąłby znacznie więcej, gdyby nie jego problemy osobiste i poniekąd również trafienie w czas, kiedy dominatorem był nasz Adam Małysz. W tych wymienionych osiemnastu pucharowych zwycięstwach mieszczą się także cztery wiktorie z rzędu w 50. Turnieju Czterech Skoczni, które tak często są przytaczane i właściwie stały się synonimem przebiegu kariery niemieckiego zawodnika. To fakt, był to niesamowity wyczyn, którego nikt wcześniej ani później, nie dokonał.

Wszystkie jednak sukcesy i – bądź co bądź – bardzo krótka kariera Hannavalda, nie mogą równać się z Kamilem Stochem i jego wspaniałymi triumfami pucharowymi, czy przede wszystkim – olimpijskimi. Tymczasem nasz największy sportowy dziennik w kraju stronę tytułową okrasił słowami: „Kamil, bądź jak Sven”. Kilka dni wcześniej, po konkursie w Ga-Pa, jeden z dziennikarzy (celowo nie będę tu wymieniał nazwisk) zapytał Kamila, czy sukces Hannavalda można powtórzyć. Kamil skwitował: „wy sobie o tym myślcie”, obrócił się na pięcie i poszedł, zostawiając redaktora z głupią miną.

Czy naprawdę zjawisko porównywania w polskim sporcie musi być tak bardzo powszechne i głupie? Stocha początkowo zawsze przymierzano do Małysza. Kiedy ten drugi jeszcze skakał, Kamil poniekąd nie mógł wyjść z jego cienia, sukcesy jeszcze nie były tak duże, mówiło się, że drugiego Małysza to nigdy nie będzie. Ostatni pucharowy konkurs Małysza w Planicy był istnym symbolem. Oto mistrz, ojciec sukcesów polskich skoków staje na najniższym stopniu podium, a jego „uczeń” wygrywa konkurs lotów. Pewnego rodzaju namaszczenie. Nie oznaczało to jednak, że narodził się drugi Małysz. Mieli rację ci, co mówili, że takiego drugiego nie będzie, choć oczywiście co innego mieli na myśli. Drugiego Małysza nie było i nie będzie. Adam był Adamem, Kamil jest Kamilem, i od lat, wytrwale i z wielkim zaparciem pracuje na swoje własne sukcesy. Kto wie, czy waga jego triumfów już dawno nie przerosła mistrza z Wisły? Małysz był innym skoczkiem, fenomenem tego sportu, inne były jego sukcesy. Zastanawianie się i analizowanie, który z nich jest lepszy, prowadzi donikąd.

Dlatego nie rozumiem tytułu naszej gazety. To znaczy, trochę rozumiem i wiem, jaki jest tego zamiar – komercyjny. No bo części się spodoba, część oburzy. Ale ostatecznie i jedna i druga grupa może po gazetę sięgnąć. Po co tylko wywierać presję na skoczku? Nie wiem, czy Kamil wygra ten turniej. Ma ogromne szanse i wierzę, że tak będzie – niezależnie od tego jakie miejsca zajmie w części austriackiej. Ale czy tym wszystkim „porównywaczom” nie będzie głupio, jeśli coś pójdzie nie tak? To jest sport, zalecałbym cierpliwość i spokojne oczekiwanie to ostatniego skoku. Przypomnijcie sobie Daniela Andre Tande z ubiegłego roku, który swoją ostatnią próbą w Bischofshofen przegrał właściwie wszystko.

Zostawcie Svena w spokoju, a Kamilowi pozwólcie być sobą. To dwie różne historie, nawet jeśli Kamil wygrałby cztery konkursy, czego mu serdecznie życzę. Nie bądź jak Sven, bądź Kamilem.

Amadeusz Bielatowicz

amadeusz.bielatowicz@sportowymagazyn.pl