Geniusz czy szaleniec?

 

Geniusz czy szaleniec?

Dla jednych jest bogiem taktyki, dla innych wprost przeciwnie – oderwanym od rzeczywistości trenerskim beztalenciem. Wojciech Stawowy to postać, której nie trzeba chyba przedstawiać krakowskim kibicom.
wojciech_stawowy_ruch.645x365xffffff — kopia (2)

Sympatycy Cracovii mogą mieć co do niego mieszane uczucia. Z jednej strony wyprowadził klub z głębokiego kryzysu, a z drugiej jego przygoda przy Kałuży nie zakończyła się zbyt dobrze. Wiele do zarzucenia trenerowi Stawowemu mają także fani innych drużyn, które swego czasu prowadził. Obecnie jest szkoleniowcem w łódzkim Widzewie. Czy okaże się, że to jest ten klub, do którego pasuje jak ulał?

Misja ratunkowa

Rok 2002. Cracovia znajduje się w III lidze. Do klubu przychodzi nowy trener – Wojciech Stawowy. Wielu sceptyków jest zdania, że szkoleniowiec nie da rady. Trochę mieli w tym racji, bo jego podopiecznymi do tej pory byli zawodnicy Proszowianki Proszowice. Krakowianin zamknął jednak wszystkim usta wynikami. Do awansu walnie przyczynili się między innymi Piotr Giza, Piotr Bania oraz Wojciech Ankowski. W tamtym sezonie Cracovia przegrała zaledwie cztery razy, a sympatię kibiców zyskał właśnie trener Stawowy.

Od samego początku gry „Pasów” w II lidze dało się odczuć głód zwycięstwa. Trzeba przyznać, że zespoły, z którymi podopiecznym Stawowego przyszło się mierzyć były naprawdę silne. Zagłębie Lubin, Pogoń Szczecin, Arka Gdynia czy Ruch Chorzów, to tylko jedne z wielu dobrych ekip rywalizujących o upragniony awans do najwyższej klasy rozgrywkowej. Mimo tak zaciętej walki Cracovia zajęła wtedy trzecie miejsce, co oznaczało walkę o baraż. Kibice byli wniebowzięci, a Wojciech Stawowy znalazł się na ustach praktycznie wszystkich mediów w kraju. „Pasy” nie pozostawiły żadnych złudzeń 12.ekipie I ligi w sezonie 2003/04. Górnik Polkowice przegrał aż 0:8 w dwumeczu z podopiecznymi Stawowego. Radość kibiców zdawała się nie mieć końca, gdyż ich ukochany klub powrócił na swoje dawne, zasłużone miejsce.

Idea Ekstraklasa – bo tak nazywała się od sezonu 2004/05 najwyższa klasa rozgrywkowa w Polsce, była dla piłkarzy „Pasów” nie lada wyzwaniem. Wśród najlepszych drużyn były m.in. Legia Warszawa, Lech Poznań czy odwieczny rywal – Wisła Kraków. Czy pierwszy sezon Stawowego w Ekstraklasie można uznać za udany? Z całą pewnością. Piąte miejsce było całkiem dobrym rezultatem w tamtym czasie. Zdarzało się kilka spektakularnych zwycięstw, takich jak 2:5 z Zagłębiem Lubin czy 4:0 z Wisłą Płock. Cracovia naprawdę w tamtych chwilach walczyła. Jeśli schodzili z placu gry pokonani, to jednak na boisku dawali z siebie wszystko. Porażki były minimalne i zwykle do zdobycia przynajmniej jednego punktu brakowało decydującego trafienia.

Kolejny sezon nie był aż tak udany w wykonaniu Wojciecha Stawowego. Powiedzmy wprost – był mierny, nijaki i bez wyrazu. Mimo tego podpisał on w styczniu 2006 roku 10-letni kontrakt z „Pasami”. Ostatnim dniem Stawowego w klubie był 15 lutego. To trochę paradoksalne, gdyż chwilę wcześniej przedłużył umowę z krakowskim zespołem. Spore znaczenie miała ingerencja zarządu. Jak podawały media, trener ogłosił swoją dymisję właśnie ze względu na konflikt z włodarzami klubu. Sądzę, że coś w tym mogło być, gdyż Stawowy wielokrotnie wspominał, iż Janusz Filipiak niejako sugerował mu wyjściowy skład oraz taktykę. To nie podobało się szkoleniowcowi, więc spakował manatki i opuścił drużynę.

_MG_7429.645x365xffffff

Żółto-niebieski styl

Co ciekawe, „Pasy” dziwnym trafem odżyły w sezonie 2006/07 i zajęły naprawdę wysokie – czwarte – miejsce w tabeli. Chociaż baraże o utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej przebiegły dla Arki pomyślnie, to pracę Wojciecha Stawowego zweryfikowała liga. Pod wodzą nowego trenera Arka znajdowała się w dolnej części tabeli. 10 porażek i tyle samo zwycięstw oraz remisów. Jak na drużynę z takim źródełkiem finansowym – naprawdę mizernie. Trzeba jednak przyznać, że zespół starał się grać ofensywnie. Inna sprawa, że to po prostu nie wychodziło. Stawowy nie bał się wystawiać w każdym meczu dwóch-trzech napastników. Jego problemem na pewno było to, że zbyt przeceniał swoich zawodników. Gra ofensywna miernymi zawodnikami? Totalnie bez sensu. Arka spadła z ligi z powodu korupcji. Stawowy po namowach Ryszarda Krauzego został w klubie i podpisał nowy kontrakt. Jak łatwo się domyślić – nie wypełnił go. Po porażce Arki ze Śląskiem Wrocław opuścił Gdynię.

I nagle… stał się cud! Arka do końca sezonu nie zeszła z boiska pokonana. W ostatecznym rozrachunku drużyna z Gdyni awansowała do Ekstraklasy. I tu właśnie mamy kolejny argument przemawiający za tym, że Wojciech Stawowy jest oderwany od rzeczywistości. Jego drużyny może i mają pewien styl, ale nie idą za tym wyniki. Zespoły prowadzone przez niego próbują grać ofensywnie, lecz z różnym skutkiem. Po jego odejściu następuje swoiste przebudzenie i kolektyw zaczyna faktycznie wygrywać.

Pierwszoligowe trudy

Epizod Wojciecha Stawowego z Górnikiem Łęczna nie potrwał zbyt długo, a decyzja o jego zwolnieniu wydawała się zbyt pochopna. Po zastąpieniu na stanowisku szkoleniowca Krzysztofa Chrobaka szło mu naprawdę nieźle. Jego drużyna tylko trzy razy przegrała w 14 spotkaniach. Można powiedzieć „znowu”. Tak, kolejny raz widzieliśmy ofensywną piłkę. Do bólu ofensywną. Pewnie nie udałoby się to, gdyby nie Jakub Grzegorzewski i Prejuce Nakoulma, gdyż to właśnie oni zdobywali większość bramek dla drużyny Stawowego. Naprawdę niewiele brakowało Górnikowi Łęczna do awansu – zaledwie czterech punktów.

Początek sezonu 2009/10 Wojciech Stawowy miał rzeczywiście fatalny. Trzy porażki z rzędu i Stawowy żegna się ze swoim stanowiskiem. Czy zadziałała tutaj zasada, że po odejściu tego trenera każda drużyna gra lepiej? Poniekąd. Górnik Łęczna ostatecznie zajął 11 miejsce, ale raczej to nie było to, czego oczekiwał zarząd oraz kibice.

Do Ekstraklasy jednak za daleko

Po prawie rocznej rozłące z piłką Stawowy podpisał kontrakt z GKS-em Katowice. Nie zaskoczę chyba nikogo faktem, iż drużyna pod jego wodzą starała się grać ofensywnie. W sumie sytuacja podobna do Arki za kadencji tego trenera – są ambicje, jest atakowanie bramki rywali, ale to jednak nie gra ze sobą. Nie możemy też zapominać o tym charakterystycznym ustawieniu zespołu, które zostało Stawowemu do dziś. To jednak było za mało. 11 miejsce w tabeli nikogo nie zadowalało i po sezonie trener znów rozstał się z futbolem na prawie rok.

stawowy_po_powrocie_do_treningow.645x365xffffff

Powrót na stare śmieci

Zawiedli się ci, którzy nie byli zwolennikami trenerskiego fachu Wojciecha Stawowego i nie widzieli dla niego miejsca przy Kałuży. W 2012 roku został on znów zatrudniony jako szkoleniowiec Cracovii. Trzeba dodać, że drużyna znajdowała się wtedy w 1.lidze. Stawowy znów stanął przed tym samym wyzwaniem – wyciągnąć zespół z dołka i przywrócić klubowi dawny blask. Nie ma się co oszukiwać – nie było to szczególnie trudne zadanie. Na zapleczu Ekstraklasy konkurentów do walki o awans było jak na lekarstwo. Kolejnym argumentem przemawiającym na korzyść Cracovii były pieniądze, których przy Kałuży nigdy nie brakuje. Od tego momentu zaczęła się prawdziwa „tiki-taka” w wykonaniu Stawowego. Zespół zaczął grać taką piłkę, jakiej nie pokazał nigdy dotąd. Liczne podania, atakowanie całym zespołem i brak nominalnego napastnika – tak właśnie wyglądała Cracovia w 1. lidze. „Pasy” zakończyły sezon na drugim miejscu, co dawało im awans do Ekstraklasy.

Stawowy swój styl próbował kontynuować także po powrocie do najwyższej klasy rozgrywkowej. Nie przewidział jednak tego, że w Ekstraklasie gra toczy się o ogromną stawkę i liczą się wyniki, a nie styl. Co z tego, że mogło się to niektórym podobać? Cracovia została upokorzona przez Lecha Poznań (1:6), Wisłę Kraków(3:1), Legię Warszawa(4:1), a nawet Piasta Gliwice(1:5). Gra bez rasowego snajpera nie daje żadnych efektów w naszej lidze. Co prawda „Pasy” zaliczyły serię czterech zwycięstw z rzędu, ale na niewiele się to zdało. Cracovia może mówić o dużym szczęściu, bo znaleźli się tuż nad strefą spadkową. 12 maja 2014 roku klub zrezygnował z usług Stawowego.

Znowu pierwsza liga

Długo miejsca w legnickiej Miedzi trener Stawowy nie zagrzał. Nie ma się co dziwić decyzji zarządu, gdyż szkoleniowiec po prostu się nie sprawdził. Spośród 13 meczów pod jego wodzą Miedź wygrała zaledwie trzy, w tym jeden w Pucharze Polski. Najwidoczniej nie wziął lekcji z ostatnich doświadczeń w Ekstraklasie i kontynuował grę swoim stylem. To właśnie za jego kadencji Wojciech Łobodziński grywał jako napastnik. Boczny pomocnik na pozycji snajpera? Zazdroszczę tej ułańskiej fantazji. Brakowało jeszcze bramkarza w polu albo jakiegoś stopera na skrzydle. Wtedy mielibyśmy cyrk na kółkach. Po odejściu Stawowego, zgodnie z przewidywaniami, drużyna wzięła się w garść i zaczęła grać lepiej, dzięki czemu może realnie myśleć o zajęciu przyzwoitej pozycji.

Tonącej Łodzi się chwyta

stawowykonferencjarozmowa.jpg_2027611738

To, że Widzew Łódź jest w olbrzymich tarapatach widzą chyba wszyscy. Gdy po fatalnej rundzie jesiennej zakomunikowano, że trenerem zostanie Wojciech Stawowy,  wielu parsknęło śmiechem. Nikt nie wierzył i nie wierzy w to, że ten szkoleniowiec może podnieść upadający klub. Chociaż Widzew nie rozpoczął zbyt dobrze wiosny w pierwszej lidze, to z każdym meczem widać progres. W spotkaniu z Arką Gdynia podopieczni Stawowego nie stracili bramki, a wyjazdowy pojedynek ze Stomilem Olsztyn zakończył się zwycięstwem gości 1:3. Dobrym sprawdzianem był mecz z Miedzią Legnica, czyli poprzednim zespołem trenera Stawowego. Jak wypadł Widzew na tle drużyny z Dolnego Śląska? Tragicznie. Wynik 6:1 dla gospodarzy to zbyt mały wymiar kary dla łódzkiej drużyny. To właśnie Miedź grała ładny i skuteczny futbol. Trzy bramki zdobył Mateusz Szczepaniak, dwie dołożył Marcin Garuch, a jedną Wojciech Łobodziński. Widzew otrzymał prezent, moim zdaniem niezasłużony, w postaci rzutu karnego. Adam Lyczmański zauważył zagranie ręką jednego z piłkarzy Miedzi w polu karnym. Gospodarze powinni byli wygrać ten mecz większą różnicą bramek. Widzew popełniał straszne błędy oraz karygodne straty. I gdzie ten styl Stawowego? Kibice w Legnicy nie zapomnieli „sukcesów” Stawowego. Z trybun dało się usłyszeć prześmiewcze teksty, takie jak: „-Stawowy? -Co? -Tiki-taka” albo „Wojciech Stawowy – najlepszy trener ligowy”. Krakowianin otrzymał lekcję pod tytułem „Jak powinno się wykorzystywać potencjał drużyny”. Czy Widzew pod wodzą Stawowego zdoła podnieść się? Wszystko wyjaśni się pod koniec sezonu, lecz po tak dotkliwej porażce nie widzę tego zbyt optymistycznie.

Wojciech Stawowy to marzyciel. Dlaczego tak go nazywam? Bo zawsze mówi o Lidze Mistrzów i zwycięstwach. To przecież takie nierealne. Łudzi się także, że jego piłkarze będą grali piękną piłkę, a to wszystko będzie szło w parze z wynikami. Chciałbym, żeby kiedyś objął dobry klub z świetnie wyszkolonymi technicznie zawodnikami i pokazał, na co go naprawdę stać. Jeśli wtedy by sobie nie poradził, to oznaczałoby po prostu, że jego pomysły są rzeczywiście z innej bajki. Teoretycznie możemy mówić, że może zawodnicy są za słabi do jego pomysłów. Jestem jednak zdania, że zawodnicy zazwyczaj są odpowiedni, ale taktyka nie jest dostosowana do ich umiejętności. Potwierdza to fakt, że zespoły Stawowego lepiej radziły sobie po jego odejściu, niż podczas jego obecności na stanowisku szkoleniowca.

Przemysław Marczewski

Redakcja SportowyMagazyn.pl

redakcja@sportowymagazyn.pl