Dolina nienawiści

Stój, szaleńcze, zostań tu na dole. Tam się nie chodzi! – mogli krzyknąć jego bliscy, znajomi, przyjaciele. Pewnie tego nie zrobili. A nawet jeśli, nic by to nie dało. Dzięki takim szaleńcom, poznajemy znaczenie słów: odwaga, pasja, determinacja. Ten konkretny szaleniec odkrył też nieświadomie ludzi, którzy obrzucili się tonami błota w ostatnich dniach. On spełnił swoje marzenie, już nie wrócił. Polacy natomiast stworzyli kolejne piekiełko, no bo przecież każdy powód jest dobry. Szkoda tylko, że większość i tak z lekcji pt. „Nanga Parbat” nadal nic nie wyniesie. I nadal zostaniemy nadzy, jak ta przeklęta góra.

Killer_Mountain_Nanga_Parbat

Trudno zacząć mi ten temat. Po pierwsze, napisano o nim już właściwie wszystko. Po drugie, do końca sam nie wiem, jak go ugryźć. Nie chodzi o przekonanie i mój pogląd na całą sytuację, ale mnóstwo różnych „okoliczności”, które przy tym temacie się pojawiły.

Pewnie większość z was ma już dość Nanga Parbat. Ja trochę też. Ale nie ukrywam, że dawno nie ruszyła mnie tak żadna historia. Sama decyzja Mackiewicza – idę tam kolejny raz – to już jest temat na piękne opowiadanie. Wszystkie jej następstwa, a także fala krytyki wydobywająca się z poziomu „zero” oraz internetowego, polskiego piekiełka, to już zupełnie inna, brzydka opowiastka, która niestety urosła do miana skandalu narodowego.

Byłem kiedyś na Rysach. Nie tylko, bo zaliczyłem też kilka innych pięknych polskich szczytów. Ale Rysy były najwyższym punktem, na który doszedłem na własnych nogach. Właściwie żadna filozofia. Góra w zasięgu każdego, kto po prostu ma jakieś dobre obuwie, kurtkę na gwałtowną zmianę pogody, trochę siły i kondycji, odrobinę motywacji, szczyptę pasji i brak lęku wysokości. O górskich wyprawach wiem zatem niewiele i można powiedzieć, że jestem laikiem, choć bardzo kocham nasze Tatry, a także wszystkie mniejsze pasma górskie. Ciągle pozostaje zwykłym amatorem.

Niecałe 2500 metrów, a człowiek już czuje się jakby ponad wszystkim. To, co gdzieś na dole, na ułamki sekund staje się nieważne, mało istotne. Później z każdym krokiem w dół, po trochę wraca się do rzeczywistości. Skoro na polskich szczytach człowiek czuje się jakby bliżej nieba, to nic dziwnego, że Himalaje, czy nawet już góry wysokości Alp, są nazywane dachami świata. Szczęście i satysfakcja przecinają się mocno ze strachem i niepokojem. Nawet nie dlatego, że to tak wysoko, a dookoła przepaść. Ale dlatego, że zdajemy sobie sprawę, jak mali jesteśmy, a jak potężnym żywiołem są góry.

Wspominam o tych Rysach dlatego, bo nie mam pojęcia, co czuje człowiek, który wspina się na ośmiotysięczniki. Nie umiem sobie tego nawet wyobrazić. Czy jest to szaleniec? Na swój sposób na pewno tak. Nikt z normalnymi hamulcami i blokadami tego nie zrobi. Bardzo odważny, trochę głupi. Doskonale wie, co może stracić. Wiedzą, ile ryzykują. Mają świadomość, jak wielu ludzi odpadło od skały. Ale nic ich nie powstrzyma. Miłość i pasja zwyciężają. Chcą zdobywać szczyty. Dosłownie, ale i metaforycznie. Szczyty swoich marzeń. Pokonywać swoje bariery. „Swego strachu mur obalić. Odpadnie stu, lecz następni pójdą dalej (…)” – śpiewał Krzysztof Cugowski.

Z jednej strony można by powiedzieć, zostawmy naturę w spokoju. Są miejsca, na które człowiek nie powinien się porywać. Coś w tym niewątpliwie jest. Ale człowiek jest istotą ciekawską. Od tysięcy lat próbuje zdobywać, odkrywać nowe, nieznane. A nawet jeśli ktoś już tam był, kolejne osoby pójdą także, bo chcą przeżyć coś niezwykłego. Skoro ludzkość leci w kosmos, dlaczego ma nie wychodzić na Nanga Parbat? Skoro człowiek jest w stanie wyskoczyć z kapsuły na wysokości 39 kilometrów, dlaczego ma nie być iluś tysięczną osobą, która postawi swoją stopę na Mount Everest. Tego już nie zatrzymamy. I dobrze. Każdy odpowiada za siebie. To Tomek wybrał taką drogę i poszedł tam, „gdzie się nie chodzi”. A ja mówię, że się chodzi, bo przed nim zrobiło to sporo osób. Zimą też się udało. I co z tego, że dla ogółu ludzkości taki rekord i wyczyn nic nie zmienia? Postąpił egoistycznie ze względu na rodzinę? Zapewne tak. Ale nie będę go oceniał. Nie mam prawa. Nie z poziomu „zero”. Choć oczywiście rodzinie współczuję niesamowicie. Nie umiem też wyobrazić sobie ich bólu i świadomości, że on tam po prostu został… być może jeszcze żył. Ale musiał… zostać.

Fala krytyki i dyskusji o Tomku Mackiewiczu, Elisabeth Revol, a także akcji ratunkowej osiągnęła ostatnio swój własny szczyt. Tyle tylko, że to nie nagi szczyt, a szczyt głupoty. Chociaż z drugiej strony, może faktycznie z tą nagością jest coś na rzeczy. Obnażył bowiem po raz kolejny wszystkich ludzi, którzy wylali swoje rozgoryczenie w sieci. Ludzi pozbawionych empatii. Argumenty dotyczące pieniędzy, braku ubezpieczeń, potrącania z kasy Polaków, ale też wszystkie podobne, wyrzucam na swoją własną górę – śmieci i bzdur. Dyskusja o tym wybuchła w tych samych godzinach, w których Tomek być może wciąż walczył o życie. A może właśnie zamarzał. Może właśnie to życie tracił, odchodził. Być może pragnął umrzeć jak najszybciej. Pewnie modlił się o to, by ktoś skrócił jego cierpienie. Prawdopodobnie to wszystko jednak chwilę trwało. Bo to silny facet był. Nikt słaby się tam nie wybiera. Dobrze, że nie wiedział, co dzieje się tutaj, na dole, w naszym piekiełku.

Być może cała ta merytoryczna dyskusja odnośnie sensu takich wypraw miałaby nawet sens. Ale na pewno nie w trakcie akcji ratowniczej. To zwyczajnie mijało się z celem. Bardzo łatwo krytykować coś przed komputerem, w ciepłym mieszkaniu. Napisałem jeszcze w trakcie tych wydarzeń, że pewnie większość plujących jadem w sieci ludzi, to tacy, którzy siedzą w ciepłych fotelach, co jakiś czas puszczając w nie bąki. Naprawdę, szanuję zdanie tych, którzy w swoich opiniach byli trochę bardziej surowi, ale tylko pod warunkiem, że to zdanie było logiczne, ale jednocześnie niepozbawione empatii. Każdy może mieć przecież swoje własne odczucia. Ale przecież wielu pisało coś tylko po to, żeby napisać, opluć i skrytykować. Właśnie tak między innymi przejawia się ludzka zawiść.

Tomek poszedł na górę, o której marzył. Osiągnął swój sen i już tam pozostał. Zostając bez nadziei pod szczytem, pewnie przeżywał piekło – fizyczne i psychiczne. Z jednej strony czuł się spełniony, ale z drugiej wiedział, że to koniec. Miał świadomość, że już nigdy nie zobaczy swojej rodziny, bliskich. Później pewnie świadomość tracił, ale nadal cierpiał. On przeżywał swoje piekło, odchodząc w ukochanym miejscu, które było celem jego wędrówki. My bardzo często piekło mamy tu na ziemi, tworząc je sobie na własne życzenie. To przykre, że kolejna sprawa musiała tak bardzo podzielić. Pytanie tylko, czy my, krytykując i oceniając innych, zdobywamy swoje szczyty i realizujemy cele, czy może zagrzebujemy się coraz bardziej w dolinie nienawiści?

Amadeusz Bielatowicz

amadeusz.bielatowicz@sportowymagazyn.pl