Doliczony czas gry: VAR w praktyce

VAR miał zapewnić większą sprawiedliwość w piłce nożnej. Miał czuwać nad arbitrem niczym anioł stróż i kontrolować zawodne ludzkie oko. Jak system sprawdza się w praktyce, pokazał piątkowy mecz Śląsk – Cracovia.

Cracovia-Pogon_Szczecin(20.02.17)DamianPytlak031

Pamiętam te wszystkie dyskusje, w których podnoszono argumenty,  że przecież wprowadzono wideo-weryfikację w tenisie, w siatkówce i wszystko działa bardzo sprawnie.

Nie dostrzegano różnicy tych sportów. W tenisie przerwa w grze zdarza się średnio raz na 20-30 sekund, w siatkówce raz na minutę. Użycie tzw. challenge’u w tenisie trwa niespełna 10 sekund, w siatkówce nieco dłużej, ale wciąż dużo krócej niż w piłce nożnej.

O tym, że VAR psuje futbol przekonaliśmy się już w czerwcu podczas Pucharu Konfederacji, gdzie system anulował gole po milimetrowych spalonych, a proces podejmowania decyzji można było liczyć nie w sekundach, a minutach.

Gołym okiem było widać, że z tym systemem nie radzi sobie sama FIFA. Bogatsza, sprawniejsza, dysponująca najlepszymi sędziami na świecie. PZPN uznał, że on sobie poradzi.

Jak sobie poradził? Podejmowanie decyzji trwa i trwa. Kibice na stadionie nie rozumieją, co się dzieje. Komentatorzy telewizyjni też mają problemy. W meczu Lechia – Cracovia bramka jest anulowana z powodu jakiegoś minimalnego spalonego 20 sekund przed golem.

Mit VAR padł raz na zawsze w piątek we Wrocławiu. Sędzia Szymon Marciniak odgwizduje faul Sylwestra Lusiusza na Michale Chrapku w okolicach linii pola karnego. Arbiter jest przekonany, że było przewinienie. Chce sprawdzić, gdzie miało miejsce. Sam podchodzi do monitora i analizuje akcję.

Dlaczego najlepszy polski sędzia nie patrzy na całą akcję? Przed monitorem nie spędził 2-3 sekund, a 25! Miał czas, aby sprawdzić wszystko. Skoro system VAR kilka kolejek wcześniej pozwolił na cofnięcie akcji na kilkanaście sekund, żeby znaleźć powód na anulowanie gola, to czemu nie pozwolił sprawdzić czy faul Lusiusza na Chrapku w ogóle miał miejsce?

Karne z „kapelusza” to był stały element piłki nożnej. Nikt nie miałby do Marciniaka aż takich pretensji, gdyby podyktował identyczną „jedenastkę” bez „pomocy” systemu VAR. Można byłoby to usprawiedliwić zawodnym ludzkim okiem. Takie błędy, jak ten piątkowy, będą się zdarzały i wygląda na to, że ktoś wyrządził naszym sędziom niedźwiedzią przysługę.

Obserwuj autora na Twitterze!

Kamil Kania, Interia

Bogdan Setlak

bogdan.setlak@sportowymagazyn.pl