Biegnij, Forrest, biegnij!

Na co dzień biegamy wystarczająco dużo, żeby jeszcze po powrocie, czy w wolnym czasie, zakładać buty i wychodzić sobie pobiegać. Prawda? Otóż nie. Bieg, o którym trochę więcej poniżej, daje nam odprężenie i – wbrew logice – redukuje zmęczenie. Jakich błędów nie popełniać? Jak w ogóle zacząć? Jak to było u mnie?

pzu-cracovia-polmaraton_kruczek_16-10-16-33

Na wstępie muszę powiedzieć, że wszystko, co tutaj przeczytacie, nie jest wykładem naukowym, ja sam nie jestem zawodowcem ani sportowcem, a są to jedynie moje przemyślenia, które pomóc mogą, ale wcale nie muszą. Proponuję więc z dużym dystansem, bo każdy ma inne metody.

Żeby trochę zachęcić, muszę powiedzieć, że do biegania można się bardzo łatwo… zniechęcić. Wystarczy zacząć od niewłaściwych rzeczy. Wydaje nam się, że kupione buty, wygodny strój i pobrana aplikacja na telefon, to już połowa sukcesu. To tylko rzeczy, które mogą znacznie ułatwić uprawianie tego czy innego sportu. Najważniejsze są: motywacja i umiar. Czyli właściwie banał – jak we wszystkim, prawda?

Też zacząłem od wygodnych butów. Od razu powiem, że nie z najwyższej półki, ale na tyle dobrych, że służą mi przez wiele lat i dopiero teraz lekko się przecierają. Buty oczywiście są ważne. Nie będzie nam się dobrze biegać w zwykłych trampkach albo obuwiu do koszykówki. Jeśli mamy zatem ambitne plany, by regularnie uprawiać ten sport, polecam kupić jakieś buciki.

Czego nie robić, żeby się nie zniechęcić? Jeśli dopiero zaczynamy, nie możemy wyznaczyć sobie zbyt dużej trasy. Niezależnie od tego, czy biegniesz, bo chcesz zrzucić trochę kilo, czy tak po prostu. Ważne, by na pierwszy raz przebiec niewiele. No właśnie, czyli ile? To już zależy od nas. Od naszej kondycji, pracy mięśni, masy ciała i generalnie samopoczucia. U mnie np. nie był to nawet kilometr. Dziś brzmi to jak żart, ale tak właśnie było. Po 200 metrach byłem mokry, po 300 nie czułem nóg, a po 500 metrach już praktycznie nie łapałem powietrza. Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Początki są bardzo trudne, zwłaszcza, jeśli startuje się ze sporą nadwagą.

Inny błąd, który bardzo często popełniałem, a właściwie nadal mi się zdarza – wyjść na bieganie bez odpowiedniej rozgrzewki mięśni. Chodzi przede wszystkim o nogi, choć oczywiście warto rozgrzać całe ciało. Jest to ważne, zwłaszcza w chłodniejsze dni, ale i w ciepłe wieczory warto rozpocząć bieganie wówczas, gdy nasze mięśnie już są odpowiednio rozgrzane. W przeciwnym razie, bardzo łatwo złapać kontuzję i wyeliminować się ze sportu na dłuższy okres.

Jeśli jesteśmy przy rozgrzewce, biegając rano, musi być ona znacznie bardziej intensywna niż
o innej porze dnia. Nasze mięśnie po nocy są bardzo zastane i trzeba je naprawdę dobrze porozciągać. Co nie znaczy oczywiście, że wieczorem nie jest to wskazane. No właśnie? O jakiej porze lepiej biegać? Jeśli ma to być kilka kilometrów, poranny bieg może nam tak naprawdę ustawić cały dzień. Będziemy energiczni, optymistyczni, myślenie też powinno być „świeższe” i łatwiejsze. Ja niestety mam problemy z motywacją do biegania rano, ale jeśli ktoś potrafi zbudzić się trochę wcześniej niż zwykle, i ruszyć w trasę, to niewątpliwie jest to dobry pomysł. Wieczorami często bywamy zmęczeni i produkujemy setki argumentów, by zostać w domu przed telewizorem czy komputerem. Zdarza się też, zwłaszcza latem, że popołudnia, a nawet wieczory są nadal bardzo gorące, dlatego rześki poranek zdecydowanie bardziej sprzyja uprawianiu sportu.

Kolejny błąd biegacza – zjeść i wyjść na trening. Oczywiście mówimy o posiłku sytym, np. obiedzie, a nie, powiedzmy, lekkim śniadaniu. Musimy odczekać jakiś czas – optymalnie 2h. Żaden sport nie jest dobry, kiedy uprawiamy go z pełnymi brzuchami. Swoje kalorie i tak spalimy i po obiedzie nie będzie śladu, ale nie róbmy tego od razu. Każdy organizm po sytym posiłku potrzebuje odpoczynku.
Czy biegać wtedy, kiedy kompletnie nie mam ochoty? Czyli po prostu, mamy się zmuszać? Jeśli bieganie jest pewnym cyklem i planem treningowym – nie powinniśmy go przerywać i szukać wymówek, zwłaszcza, kiedy nic tak naprawdę nam się nie dzieje, a ogarnia nas zwyczajne lenistwo. Jeśli natomiast biegamy od czasu do czasu, traktujemy to wyłącznie jako formę relaksu, nie zmuszajmy się. Bieg na siłę nie daje satysfakcji, chyba, że pokonamy barierę „pierwszych kilometrów”, to może po jakimś czasie ją złapiemy. Osobiście często się zmuszam i pierwsze kilometry są katorgą. Ale fakty są takie, że później człowiek zaczyna wydzielać endorfiny i od razu poziom satysfakcji wzrasta – z każdym kilometrem coraz bardziej.

Uwierzcie, nic tak nie cieszy, po jakimś czasie treningów, jak przebiegnięcie pierwszych 6 kilometrów, ośmiu, w końcu życiowej „10” w czasie mniejszym niż godzina, a później śrubowanie swoich rekordów. Nic na siłę i za wszelką cenę. Trzeba znać umiar i swoje możliwości. Bo bardzo łatwo można się „zajechać”, a właściwie „zabiegać”. I potem wrócić do treningów, będzie nam bardzo ciężko. Kraków sprzyja bieganiu, zwłaszcza w porze wiosenno-letniej, kiedy uwalniamy się nieco od smogu. Spróbować warto, a nuż się spodoba? Pamiętacie? – „Zawsze jak gdzieś szedłem, to biegłem” – oczywiście w tym pozytywnym znaczeniu.

Amadeusz Bielatowicz

amadeusz.bielatowicz@sportowymagazyn.pl